Przymusowe „douczanie” w mojej szkole, czasy PRL

Rzecznik Praw Obywatelskich uważa, że dzieci mają zadawanej za dużo pracy domowej skutkiem czego nie mają wystarczającej ilości czasu na inne zajęcia a w szczególności na zabawę. Zgadzam się z nim w tym zakresie, to znaczy nie wiem, czy obecnie dzieci są podobnie obciążane przez nauczycieli pracami domowymi jak to było za moich czasów jako ucznia, ale podejrzewam, że wie co mówi. A dziecku należy się zabawa jak psu buda, bo gdy dzieci dorosną, to wiele z nich okazji do zabawy mieć zbyt wiele nie będzie.

No dobrze, Pan rzecznik monituje w opisanej spawie a jak było w mojej klasie podstawowej bodajże w szóstej plus minus jeden rok? Ano jedna surowa, porywcza (to inny temat) pani polonistka załatwiła sobie nadgodziny naszym – uczniów kosztem. Bezczelne bezprawie które obecnie, mam nadzieję, byłoby nie do pomyślenia. Polegało na tym, że organizowała „douczanie” – kilka godzin w tygodniu, po programowych lekcjach i po przerwie w domu na obiad po której musieliśmy wracać do szkoły na owe „douczanie”. Byłem z języka polskiego dobry / bardzo dobry ale to nie ważne, bo prymus czy nieuk – każdy musiał na owe „douczanie” przychodzić – cała klasa. Nie wiem, czy rodzic któregoś z dzieci zareagował na to nadużycie, podejrzewam, że nie.

Takie jakby przymusowe, prywatne, zbiorowe korepetycje, czyż nie?Polonista ta nazywała się Teresa Barańska.

Zapisz

Zapisz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.